"So am I wrong?
...
For trying to reach the things that I can't see?
But that's just how I feel,
That's just how I feel
That's just how I feel
Trying to reach the things that I can't see"
Wrzesień mija w zaskakująco szybkim tempie, ale ja już jestem zmęczona szkolną rutyną. O ile ilość nauki mi nie przeszkadza (aż tak bardzo), to jednak dostaję szału na myśl, że znowu muszę wstać o tej samej, wczesnej godzinie, jechać tą samą drogą do domu, wrócić i nie mieć na nic czasu. Cóż nie powinnam jeszcze narzekać, przynajmniej mrozu nie ma.
Co do tego czasu to coś czuję, że pod tym względem to będzie ciężki rok, (a przynajmniej pierwsze pół). W tym tygodniu załatwiałam wszystkie zajęcia dodatkowe, więc zamiast wrócić w poniedziałek ładnie do domu, pojechałam do centrum i szukałam szkół francuskiego. Jak już po obejściu Starego Rynku dookoła parę razy znalazłam pierwszą szkołę i zdyszana weszłam do środka, to okazało się, że zostały mi do pokonania już tylko 3 piętra...schodami. Jak dotarłam z moją ciężką torbą i strojem od Wfu do biura to musiałam chwilę poczekać, bo nie mogłam złapać oddechu. Okazało się, że i tak niepotrzebnie wchodziłam na górę, bo grup na moim poziomie nie ma i raczej nie będzie. Przyszedł czas na sprawdzenie drugiej szkoły, ale jak to ja, nie pamiętałam adresu ani drogi, jak tam dotrzeć. Szybki telefon do mamy, o sprawdzenie adresu, dodatkowe kółeczko wokół rynku i miałam już jakieś pojęcie, gdzie się znajduje. Dużo to mi nie pomogło, bo wejścia i tak znaleźć nie mogłam, a jak już je znalazłam, to drzwi wejściowe były zamknięte. Potem spacerkiem miałam zamiar pójść na przystanek, ale stwierdziłam, że spróbuję jeszcze pójść do innej (co i tak nie miało sensu, bo godziny zajęć także mi w niej nie pasowały). Tym sposobem nic nie załatwiłam, ale zwiedziłam pieszo pół miasta...
Reszta tygodnia była nie mniej pracowita: treningi siatkówki, masa francuskiego i już czuję, że po tym semestrze będę miała go dość. Cóż, sama założyłam, że mam zamiar zdać w tym roku olimpiadę z tego języka i wiedziałam, że będzie ciężko. Trzymam się tylko myśli, jak bardzo będę szczęśliwa, gdy wszystko co zaplanowałam mi się uda: olimpiada, wymiana, egzamin B2...
Na szczęście czuję, że jestem w stanie to osiągnąć.
Poza tym obecność Valentiny w domu pomaga, prawie codziennie przydarza się coś, co gdyby nie ona, nigdy się nie zdarzyło. W tym tygodniu, po znaczącym opóźnieniu, przybyła dla niej paczka z Włoch od mamy: z butami, swetrami i zeszytami oraz góóóórą jedzenia! Nie jestem pewna, o czym rozmawia z mamą, ale dostaliśmy zapas makaronów na kilka tygodni, do tego jakieś włoskie sosy (rugu, czy jakoś tak to się nazywa), pesto, capuccino, wino (oryginalne włoskie) i 5 litrów oliwy z oliwek (nawet nie wiedziałam, że takie rzeczy można przesyłać pocztą). W dodatku motywuje mnie, żeby w weekend ruszyć cztery litery z domu. Tak to nigdy mi się nie chciało, bo godzinna jazda do miasta w jedną i drugą stronę jakoś nigdy nie była ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu.
The Surfaholic Girl
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz