"Sur ma route, oui
Il y a eu du move, oui
De l'aventure dans l'movie
Une vie de roots
Sur ma route, oui
Je n'compte plus les soucis
De quoi devenir fou, oui
Une vie de roots"
W końcu w domu. Po dosyć intensywnym i emocjonalnym miesiącu nareszcie chwila wytchnienia. Ostatni tydzień był dla mnie dość stresujący, ale na szczęście już minął.
Zaczynając od czwartku kiedy to byłam na maksa zestresowana. Pakowanie walizki, wszystkich potrzebnych rzeczy na Selection Camp (moich "pomysłów" na zaprezentowanie talentów, ulubionych przedmiotów i tych do prezentacji regionu), bieganie po sklepach i kupowanie ostatnich rzeczy...Nawet wybrałam się na chwilę (potem okazało się, że zupełnie bezsensownie) do szkoły. Dużo spraw wtedy nie załatwiłam, ale nie mogłam usiedzieć w domu. W dodatku następnego dnia była olimpiada, a ja nie mogłam się w ogóle skupić.
Tak samo piątek. Wstałam chyba z godzinę wcześniej niż musiałam, by o niczym nie zapomnieć i przynajmniej z dziesięć razy upewniałam się, czy wszystko wzięłam. Miałam szczęście, że tata zdecydował się mnie podwieźć samochodem i wziął moją walizkę, bo nie tylko nie musiałam moknąć na dworze i ciągnąć jej przez całe miasto, ale też udało mi się wstąpić na 5 minut do szkoły i złożyć przyjaciółce 18-tkowe życzenia urodzinowe. Co do samej olimpiady to z etapu pisemnego jestem w miarę zadowolona. Nie był łatwy, ale były rzeczy, których byłam pewna, z czego się cieszę. Trochę gorzej z ustnym. Zawsze miałam problemy z mówieniem. Nie tylko w innych językach, ale też po polsku. Moja dwa lata młodsza siostra zaczęła mówić w tym samym czasie co ja i pewnie tylko dlatego w ogóle się mówić nauczyłam. W każdym razie część ustna nie poszła mi beznadziejnie, ale czuję, że mogłam to powiedzieć lepiej. Niemniej jednak szansa na następny etap jest i tego się trzymam.
I tyle o pierwszej części piątku. Potem spacer w deszczu i gradzie na dworzec oraz sześć godzin w pociągu. Tu muszę przyznać, że podróż do Krakowa z każdym następnym razem mija szybciej. Do Piekar, czyli miejscowości, w której to odbywał się camp dotarłam dopiero około północy. Trochę późno i jestem naprawdę wdzięczna, że było to w ogóle możliwe. Na campie tak jak rok temu. Masa wspaniałych ludzi, otwartych i w większości uśmiechniętych, dzięki czemu na 90% dogadasz się ze wszystkimi. Co więcej są to ludzie, którzy pragną przeżyć to, co ty. Poznać inną kulturę, żyć w innym kraju, sprawdzić się i doświadczyć coś nowego. Do niedzieli do 14.00 odbywały się zajęcia: prace w grupach, energizery, talent show, rozmowy indywidualne z wolontariuszami i ogólne spotkania informacyjne. Wszystko miało na celu poznanie nas, poznanie naszych motywacji do uczestniczenia w wymianie i sprawdzenie, czy się do tego nadajemy. Wyobrażam sobie, jakie to musi być trudne wybrać "kandydatów" do wymiany, tylko na podstawie dwóch dni. W każdym razie wyniki dopiero za 3 tygodnie, więc na razie odkładam stresowanie się na bok, a zajmuję się poprawą swoich ocen w szkole. Przynajmniej staram się, by się nie obniżyły.
Co do szkoły i powrotu do niej po miesiącu, to poszłam, jak zaplanowałam dopiero we wtorek. W poniedziałek miałam zamiar odespać nieprzespany weekend, jednakże w drodze powrotnej w pociągu dostałam smsa, że w poniedziałek jest mecz siatkówki. Nie piszę już jak bardzo byłam szczęśliwa, że się nie wyśpię, ale czego to się nie robi dla swojej drużyny.
Więc tak wyglądał mój intensywny weekend, którego tak się wcześniej obawiałam.
Dzisiaj mnie dodatkowo spotkała miła niespodzianka. Pani od francuskiego podeszła do mnie i dała mi do zobaczenia album ze zdjęciami z pobytu uczniów z Bretanii w lipcu. Nie miałam pojęcia, że zrobili takie książki, ale świetny pomysł i pamiątka z wyjazdu do Polski. Sama bym taki chciała, ale niestety muszę go oddać.
Postaram się niedługo napisać znowu. Na pewno po wynikach campu i olimpiady, może nawet wcześniej...
The Surfaholic Girl





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz