"Can we go back, this is the moment
Tonight is the night, we’ll fight till it’s over
So we put our hands up like the ceiling can’t hold us
Like the ceiling can’t hold us"
Tonight is the night, we’ll fight till it’s over
So we put our hands up like the ceiling can’t hold us
Like the ceiling can’t hold us"
Ten post będzie o mojej niedawno rozpoczętej przygodzie z bieganiem, motywacji i emocjach, a także nudzie, która dopadła mnie już na początku sierpnia.
Właśnie wróciłam z mojego piątego już biegu. Endorfinki nadal szaleją, a ja po tygodniowym pobycie u babci i nie robieniu niczego, po prostu czuję, że żyję.
Biegać nienawidziłam od zawsze, co nie oznacza, że kiedy musiałam to nie biegałam - biegałam i to nawet szybko. Po prostu nie lubiłam tej zadyszki, uczucia zmęczenia, baa nie zmęczenia - po kilkuminutowym biegu płuca sobie wypluwałam. Wolałam krótkie dystanse, gdzie biegłam jak najszybciej mogłam, byle to trwało jak najkrócej. Teraz wiem, że brakowało mi...nadal brakuje wytrwałości.
