sobota, 18 października 2014

Happy Birthday, tiramisu, exchange and italian post-it...

"Sto lat, sto lat
niech żyje, żyje nam..."

I minęły kolejne tygodnie. Myślałam, że wcześniej zabiorę się za tego posta, ale wszystko zaczynałam pisać wydawało mi się beznadziejne.

Tydzień ten spędziłam pod znakiem urodzin: najpierw brata, potem Valentiny, przyjaciółki i w końcu moich. W zeszły weekend nie miałam na nic czasu, miałam iść na biegi ze szkołą, ale się nie wyrobiłam. Nawet babcia zdążyła przyjechać, a ja nadal byłam w piżamie. Potem przyjechało jeszcze z 10 osób, więc było naprawdę duuuużo ludzi... jak na nasz dom. Dużo ludzi i jeszcze więcej jedzenia. Jedynym powodem, dla którego nie lubię uroczystości rodzinnych jest fakt, że zawsze jest pełno ciast i innych smakołyków, których nie ma na co dzień, a ja nigdy nie umiem się powstrzymać i zawsze zjem więcej niż powinnam.
A skoro mowa o jedzeniu to specjalnie na urodziny Valentina postanowiła zrobić włoskie tiramisu, a ja jej w tym pomagałam. A ile się naszukałyśmy składników... Ugh, dobrze, że w Piotrze i Pawle zawsze wszystko jest. Mimo tego tiramisu nie wyszło zbytnio dobrze i nie obyło się bez dzwonienia do Valentiny mamy do Włoch, czy na pewno zrobiłyśmy wszystko, tak jak powinno być. Okazało się, że nie. No cóż i tak wszystko zjadłyśmy.






Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że włochów bardzo śmieszy polskie "Sto lat", które tłumaczą, jako: "100 years 100 years let her live let her live". Nigdy się nie zastanawiałam nad tekstem tej piosenki, ale tłumacząc w ten sposób rzeczywiście brzmi śmiesznie.

W międzyczasie zaczęłam chodzić na dodatkowe lekcje francuskiego, z którymi miałam mały problem, by ustalić godziny, co chwila coś się zmieniało. Nadal nie zbyt mi pasują, ale to tylko jeden semestr. Poza tym, czego to się nie robi dla olimpady?
Także w tym tygodniu, pojawiła się informacja o rekrutacji na wymiany międzynarodowe. Spojrzałam na początku na ceny i się przeraziłam!!! Potem zobaczyłam datę Selection Campu (spotkania wszystkich osób, które chcą wyjechać) i się przeraziłam jeszcze bardziej - pokrywa się z datą olimpiady. Trudno. Jeszcze nie wymyśliłam, co mam zamiar zrobić, ale wymiany nie odpuszczę. Aplikacja jest już wypełniona i gotowa do wysłania.

W międzyczasie, korzystając z okazji, zaczynam uczyć się włoskiego. Co nie jest zbytnio trudne  mając w domu wszędzie poprzyklejane karteczki z polskimi słówkami przetłumaczonymi na włoski.






Na ten tydzień to już wszystko. Buziaki :)

The Surfaholic Girl

niedziela, 5 października 2014

The Lazy song and (not) lazy weekend...

"Today I don’t feel like doing anything
I just wanna lay in my bed
Don’t feel like picking up my phone
So leave a message at the tone
'Cause today I swear I'm not doing anything"

Weekend w większości już minął i muszę powiedzieć, że był/jest jednym z lepszych. 
Rodzice wczoraj wyjechali do babci, a ja zostałam, więc miałam cały dom dla siebie... chyba pierwszy raz od ponad pół roku. 
Jak zwykle nie zdążyłam zrobić wszystkiego, co miałam zaplanowane, ale miałam czas, by zrobić większe lub mniejsze porządki i poukładać parę spraw. Skończyłam rozdziały francuskiego, które miałam na dzisiaj zaplanowane, zaczęłam rozumieć matmę, a przynajmniej pierwsze 30 zadań z 70, a nawet miałam czas, by w spokoju usiąść i pooglądać telewizję. Nawiasem mówiąc, dzisiaj bodajże o 11.25 na TVN był program Martyny Wojciechowskiej "Kobieta na krańcu świata", w którym opowiadała o bułgarskim targu dziewic. Żałuję, że nie widziałam całego odcinka, bo byłam zajęta pieczeniem muffinek, ale z całego serca wszystkim polecam.
Także moje zdolności kucharskie skorzystały z wolnego weekendu. Na szczęście nowy piekarnik nie ucierpiał, a mi udało się udowodnić, że wszystkie nieudane ciasta, jakie kiedykolwiek piekłam nie wyszły z powodu piekarnika (a było ich duuuuużo).

Jak ja to nazwałam: PASTA CON BROCCOLI E POLLO 
(z oryginalnym przesłanym prosto z Włoch makaronem i oliwą)

Oraz moje pierwsze udane w tym roku muffinki: