czwartek, 25 września 2014

But Am I wrong?...


"So am I wrong?
...

For trying to reach the things that I can't see?
But that's just how I feel,
That's just how I feel
That's just how I feel
Trying to reach the things that I can't see"



Wrzesień mija w zaskakująco szybkim tempie, ale ja już jestem zmęczona szkolną rutyną. O ile ilość nauki mi nie przeszkadza (aż tak bardzo), to jednak dostaję szału na myśl, że znowu muszę wstać o tej samej, wczesnej godzinie, jechać tą samą drogą do domu, wrócić i nie mieć na nic czasu. Cóż nie powinnam jeszcze narzekać, przynajmniej mrozu nie ma.

Co do tego czasu to coś czuję, że pod  tym względem to będzie ciężki rok, (a przynajmniej pierwsze pół). W tym tygodniu załatwiałam wszystkie zajęcia dodatkowe, więc zamiast wrócić w poniedziałek ładnie do domu, pojechałam do centrum i szukałam szkół francuskiego. Jak już po obejściu Starego Rynku dookoła parę razy znalazłam pierwszą szkołę i zdyszana weszłam do środka, to okazało się, że zostały mi do pokonania już tylko 3 piętra...schodami. Jak dotarłam z moją ciężką torbą i strojem od Wfu do biura to musiałam chwilę poczekać, bo nie mogłam złapać oddechu. Okazało się, że i tak niepotrzebnie wchodziłam na górę, bo grup na moim poziomie nie ma i raczej nie będzie. Przyszedł czas na sprawdzenie drugiej szkoły, ale jak to ja, nie pamiętałam adresu ani drogi, jak tam dotrzeć. Szybki telefon do mamy, o sprawdzenie adresu, dodatkowe kółeczko wokół rynku i miałam już jakieś pojęcie, gdzie się znajduje. Dużo to mi nie pomogło, bo wejścia i tak znaleźć nie mogłam, a jak już je znalazłam, to drzwi wejściowe były zamknięte. Potem spacerkiem miałam zamiar pójść na przystanek, ale stwierdziłam, że spróbuję jeszcze pójść do innej (co i tak nie miało sensu, bo godziny zajęć także mi w niej nie pasowały). Tym sposobem nic nie załatwiłam, ale zwiedziłam pieszo pół miasta...

Reszta tygodnia była nie mniej pracowita: treningi siatkówki, masa francuskiego i już czuję, że po tym semestrze będę miała go dość. Cóż, sama założyłam, że mam zamiar zdać w tym roku olimpiadę z tego języka i wiedziałam, że będzie ciężko. Trzymam się tylko myśli, jak bardzo będę szczęśliwa, gdy wszystko co zaplanowałam mi się uda: olimpiada, wymiana, egzamin B2...
Na szczęście czuję, że jestem w stanie to osiągnąć.


Poza tym obecność Valentiny w domu pomaga, prawie codziennie przydarza się coś, co gdyby nie ona, nigdy się nie zdarzyło. W tym tygodniu, po znaczącym opóźnieniu, przybyła dla niej paczka z Włoch od mamy: z butami, swetrami i zeszytami oraz góóóórą jedzenia! Nie jestem pewna, o czym rozmawia z mamą, ale dostaliśmy zapas makaronów na kilka tygodni, do tego jakieś włoskie sosy (rugu, czy jakoś tak to się nazywa), pesto, capuccino, wino (oryginalne włoskie)  i 5 litrów oliwy z oliwek (nawet nie wiedziałam, że takie rzeczy można przesyłać pocztą). W dodatku motywuje mnie, żeby w weekend ruszyć cztery litery z domu. Tak to nigdy mi się nie chciało, bo godzinna jazda do miasta w jedną i drugą stronę jakoś nigdy nie była ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu.

The Surfaholic Girl

wtorek, 9 września 2014

Dalsze przygody surfaholiczki...czyli pierwsze tygodnie po powrocie do szkoły oraz włoskie "wakacje"...


"Hey brother, there’s an endless road to re-discover.
Hey sister, know the water's sweet but blood is thicker.
Oh if the sky comes falling down, for you, there’s nothing in this world I wouldn’t do."

Czemu piszę dopiero teraz? A dlatego, że od ostatniego wpisu w ogóle nie miałam czasu. Jednak wzięłam się do roboty i o to po raz pierwszy i pewnie ostatni wspominam wakacje.

Kilka tygodni temu pisałam o przyjeździe Julie (francuski z "wymiany"), nie wspomniałam jednak iż nie był to koniec mojej przygody z goszczeniem.
Dwa tygodnie temu przyjechała do mnie Valentina z Włoch, nie na tydzień, nie na dwa, ale na cały, caluteńki  rok... Wspominałam już, że lubię wyzwania?
Przyjazd nowej, zupełnie nieznajomej osoby na pewno takim będzie, nie tylko dla mnie, ale i całej mojej rodziny. Tak naprawdę dopiero teraz, po dwóch tygodniach spędzonych razem uświadamiam sobie, że może być dużo trudniej niż zakładałam na początku - co nie oznacza, że gorzej!
Włochy mimo, że tak jak Polska znajdują się w Europie są od niej dość odmienne kulturowo. 

Inny kraj, inne przyzwyczajenia, zachowania, inna kultura. Poprzez wspólne rozmowy (a także mieszkanie w jednym pokoju) dowiedziałam się kilka ciekawostek o tym kraju, ludziach, a w szczególności o mojej nowej współlokatorce (co na razie pozostanie tajemnicą).

Kilka faktów (mocno subiektywnych, gdyż zaobserwowanych przeze mnie):
1) Zaczynając może i trochę stereotypowo, ALE włosi są NAPRAWDĘ bardzo głośni i ze sprawdzonego źródła wiem, że dużo gestykulują.
2) Palenie było jeszcze kilka lat temu dozwolone (a przynajmniej tolerowane) we włoskich liceach.
3) Obiad jedzony jest wieczorem, tak, jak polska kolacja tylko, że większa. 
4) Do robienia espresso są specjalne czajniki, małe - na jedną kawę i większe - na kilka, (może i jest to fakt powszechnie znany, ale nie miałam o tym pojęcia).
5) Włosi się nigdy i nigdzie nie spieszą.

Niewątpliwie najbliższy rok zapowiada się ciekawie. Już teraz dowiedziałam się więcej, niż przez kilka ostatnich lat.

1) Wolne chodzenie bardzo mnie irytuje... Ja po prostu nie umiem wolno chodzić, zaczęłam specjalnie nosić buty na wyższym obcasie, aby zwolnić tempo.
2) Jeżeli chcę to umiem zasnąć przy zapalonym świetle, ze współlokatorką przez godzinę nawijającą (wcale nie najciszej) po włosku i muzyce w słuchawkach, ustawionej na maxa. Nie myślałam, że jestem do tego zdolna.

3) Palenie niewiarygodnie mnie irytuje, naprawdę nie zamierzam zacząć palić. (O tym akurat wiedziałam, po prostu się upewniłam.)

Dodatkowo przekonałam się, że moi rodzice mi ufają i wierzą, że to do czego dążę ma sens, za co jestem im naprawdę wdzięczna.

W sumie, mimo czasami pojawiających się problemów, (które pojawiać się będą ZAWSZE), goszczenie, jak i sam wyjazd jest świetną sprawą. O zaletach nie będę się już rozpisywać, bo było o tym wcześniej. Mogę jedynie dodać, że jak na razie pobyt Valentiny zbliża całą naszą rodzinę do siebie. Jest więcej śmiechu, spędzania wspólnego czasu, niż kłótni i krzyków...

Ludzi z wymiany, którzy przyjeżdżają do Polski, jak i tych wyjeżdżających podziwiam, uwielbiam i gorąco im kibicuję, bo wymaga to pewnej odwagi i otworzenia się na innych ludzi. Życzę im wszystkim udanego roku/lat spędzonych na podróżowaniu, poznawaniu świata i siebie. Sama mam nadzieję wyjechać w przyszłym roku i już teraz robię wszystko, co możliwe, aby mi się to udało.


The Surfaholic Girl