sobota, 28 lutego 2015

Holidays, I'm in love...

      "I don't care if Monday's blue
Tuesday's gray and Wednesday too

Thursday I don't care about you
It's Friday, I'm in love"

            Ferie powoli się kończą, a ja znowu jestem chora i po raz pierwszy w życiu mam nadzieję, że wyzdrowieję do poniedziałku i będę mogła iść do szkoły. Już nawet nie zależy mi tak bardzo na tych wszystkich sprawdzianach, które muszę napisać, ale mając na uwadze mój prawdopodobny przyszłoroczny wyjazd coraz bardziej zaczęło mi zależeć na mojej klasie i zrozumiałam, że nie chcę jej opuszczać. Zabawne, jak dopiero teraz zaczęłam sobie uświadamiać, że do skończenia liceum z własną klasą zostało mi kilka miesięcy, a potem mogę ich już więcej nie zobaczyć. Zrozumiałam, że będzie mi ich brakować w przyszłym roku i na pewno będę tęsknić. Ale dość już tych rozmyślań. Szkoła dopiero za trzy dni więc na szczęście mam jeszcze czas, aby coś napisać i opisać trochę pobyt w Warszawie.
Muszę przyznać, że miło było mieszkać ten tydzień w mieszkaniu (apartamencie bardziej) niż w domu. Już zapomniałam jakie to miłe uczucie mieć widok z okna na miasto, a nie na podwórko sąsiada. A widok był przepiękny. Owszem bywają ładniejsze, ale nie można mu niczego zarzucić.



W każdym razie niby miałam okazję (lekko przeziębiona) wypocząć, ale tak naprawdę to odpocznę dopiero po olimpiadzie i po nadrobieniu wszystkich zaległości - czyli gdzieś pewnie około kwietnia. Nie narzekam jednak, sama się na to zdecydowałam. Coś tam jednak udało mi się zrobić przez ten tydzień, więc nie jest najgorzej. Jeżeli nie padnę to wezmę się też za sprawdziany i jakoś wszystko pójdzie.
Następnego posta, który być może będzie o czymś bardziej konkretnym nie radziłabym się więc spodziewać przed 14 marca.


The Surfaholic Girl

wtorek, 17 lutego 2015

AFS Portugal, ferie...and I'm gonna play it


  "This is my heartbeat song and I’m gonna play it
Been so long I forgot how to turn it up up up up all night

Oh up up all night long"

Część dalsza opowieści prosto z Francji. Skompletowałam trochę więcej zdjęć, dlatego dzisiaj o francuskich smakołykach.

Po pierwsze i najważniejsze, czyli "galettes" - naleśniki na słono prosto z Bretanii.




czwartek, 12 lutego 2015

Pour un flirt avec toi... Pour y retourner je ferais n'importe quoi

"Pour un flirt avec toi 
pour un petit tour 
un petit jour 
entre tes bras "

Pierwsze sprawozdanie z mojego pobytu we Francji. Dopiero co wróciłam i mimo tego, że jestem potwornie zmęczona nie mogę się doczekać, aby wszystko opisać.

Dokładnie we wtorek tydzień temu mieliśmy samolot do Paris-Beauvais, potem 5 godzin wynajętym mini-busem, aż do miejsca spotkania z rodzinami. Przyznam się, że nie czułam się pewnie jadąc na spotkanie z rodziną. Co innego gościć, a co innego tak naprawdę przebywać i mieszkać u innej rodziny. Okazało się, że nie miałam się co martwić, bo rodzinka była super. Oczywiście nie była idealna, ale która jest. Denerwowało mnie trochę to, że strasznie cicho mówili, bardzo szybko i bardzo mało. Sama z natury jestem spokojna i nie mówię za dużo, więc wolę przebywać z osobami, które będą mówić za mnie. Tam tak nie było i ja też musiałam te tematy do rozmowy czasami wymyślać. W każdym razie rodzina składała się z czterech osób: Johan - chłopak, dzięki któremu tak naprawdę mogłam u nich mieszkać, jego siostra - Adline, której nie widziałam wiele razy, bo pracowała w różnych godzinach i rodzice + jedna siostra studiuje tymczasowo w Anglii, więc jej nie poznałam. Zapomniałam o kotach. Mieszkałam z trzema kotami, które wszyscy po prostu uwielbiali.

Co do samego planu zwiedzania to był jednym z lepszych: pierwszego dnia Rennes, wszystkie uliczki, kościoły, place, katedry itp. To był jedyny dzień, w ciągu którego tylko i wyłącznie chodziliśmy ( z dwugodzinną przerwą na lunch o 12.00 - czyli obiad). Aaach "galettes", czyli bretońskie naleśniki na słono. Pycha! Codziennie jedliśmy w restauracji próbując lokalnych rzeczy i na pierwszy ogień poszły właśnie te naleśniki. Najpierw jeden na słono, czyli z sałatą, serem i pieczarkami, a potem na słodko z czekoladą (nie nutellą, której nie lubię, tylko prawdziwą czekoladą). Do tego cydr, który jest dużo lepszy od polskiego, karafka z wodą na stół i małe espresso z czekoladką na koniec posiłku. Obiad marzenie po porannym zwiedzaniu miasta.