"Pour un flirt avec toi
pour un petit tour
un petit jour
entre tes bras "
pour un petit tour
un petit jour
entre tes bras "
Pierwsze sprawozdanie z mojego pobytu we Francji. Dopiero co wróciłam i mimo tego, że jestem potwornie zmęczona nie mogę się doczekać, aby wszystko opisać.
Dokładnie we wtorek tydzień temu mieliśmy samolot do Paris-Beauvais, potem 5 godzin wynajętym mini-busem, aż do miejsca spotkania z rodzinami. Przyznam się, że nie czułam się pewnie jadąc na spotkanie z rodziną. Co innego gościć, a co innego tak naprawdę przebywać i mieszkać u innej rodziny. Okazało się, że nie miałam się co martwić, bo rodzinka była super. Oczywiście nie była idealna, ale która jest. Denerwowało mnie trochę to, że strasznie cicho mówili, bardzo szybko i bardzo mało. Sama z natury jestem spokojna i nie mówię za dużo, więc wolę przebywać z osobami, które będą mówić za mnie. Tam tak nie było i ja też musiałam te tematy do rozmowy czasami wymyślać. W każdym razie rodzina składała się z czterech osób: Johan - chłopak, dzięki któremu tak naprawdę mogłam u nich mieszkać, jego siostra - Adline, której nie widziałam wiele razy, bo pracowała w różnych godzinach i rodzice + jedna siostra studiuje tymczasowo w Anglii, więc jej nie poznałam. Zapomniałam o kotach. Mieszkałam z trzema kotami, które wszyscy po prostu uwielbiali.
Co do samego planu zwiedzania to był jednym z lepszych: pierwszego dnia Rennes, wszystkie uliczki, kościoły, place, katedry itp. To był jedyny dzień, w ciągu którego tylko i wyłącznie chodziliśmy ( z dwugodzinną przerwą na lunch o 12.00 - czyli obiad). Aaach "galettes", czyli bretońskie naleśniki na słono. Pycha! Codziennie jedliśmy w restauracji próbując lokalnych rzeczy i na pierwszy ogień poszły właśnie te naleśniki. Najpierw jeden na słono, czyli z sałatą, serem i pieczarkami, a potem na słodko z czekoladą (nie nutellą, której nie lubię, tylko prawdziwą czekoladą). Do tego cydr, który jest dużo lepszy od polskiego, karafka z wodą na stół i małe espresso z czekoladką na koniec posiłku. Obiad marzenie po porannym zwiedzaniu miasta.
Drugiego dnia: Mont Saint Michel i miasteczko Cancale. Mont Saint Michel, czyli opactwo, o które kłócą się bretończycy z normandami do kogo należy, naprawdę robi wrażenie. Podjechaliśmy na parking, płatny i oddalony o kilkaset metrów od tego wzgórza, by potem wziąć już bezpłatny autobus, który zawiózł nas na miejsce. Pomimo tego, że tego dnia było naprawdę dużo chmur, padało prawie cały czas, to i tak było pięknie. Zwiedziliśmy chyba wszystko, każdą komnatę, salę... i na pewno zmarzliśmy. Na szczęście potem pojechaliśmy na obiad i jak zwykle jedliśmy dużo różnych rzeczy: krewetki (mój pierwszy raz w życiu), coś podobne do ślimaków, "bulots" się nazywa, podobno jest to ich gorsza wersja. Ślimaków nie jadłam, więc nie wiem, ale za dobre to nie było i za ładnie nie wyglądało. Za to krewetki mi smakowały (na moje szczęście, bo następnego dnia dostałam od rodziny goszczącej sałatkę z krewetkami na kolację).
Trzeci dzień - piątek, czyli Ecomusee (tak naprawdę muzeum świni + farma) oraz Champs Libres w Rennes. Fenomenu budowania muzeum poświęconego świniom naprawdę nie rozumiem. Wielkie pomieszczenie, wypełnione zdjęciami i figurami świń oraz jedzeniem typu: kiełbasy, kaszanka itp. przykryte szkłem. Zabawny widok. Potem Champs Libres, czyli miejsce, w którym mieści się kilka muzeów ( w tym muzeum Bretanii, muzeum reklamy...), Espace des Sciences (przestrzeń nauki), oraz różne wystawy (w tym wystawa mrówek) i planetarium - punkt kulminacyjny naszego zwiedzania. Nie muszę chyba pisać, że po całym męczącym dniu godzinny seans w ciemności był czasem idealnym do spania. W piątek dołączyły do nas także Estera i Julie, które były latem w Polsce. Ach te międzynarodowe spotkania :)
Następnie weekend i czas na moje ulubione wycieczki, czyli Wybrzeże Atlantyckie! Nadal nie mogę uwierzyć, że w czasie roku szkolnego miałam okazję spędzić weekend na plaży. Sobotnie zwiedzanie zaczęliśmy od Dinard, które jest jednym z tych miasteczek, które zachwycają od pierwszego wejrzenia. Nie mogłam się napatrzeć na te wszystkie piękne domy, klify, plaże i ocean. Potem Saint Malo, czyli miasto otoczone murami obronnymi, Nie powiem - robi wrażenie, co nie zmienia faktu, że tego dnia najbardziej ucieszyło mnie wesołe miasteczko przed wejściem do miasta. Cieszyłam się jak małe dziecko.
Z racji tego, że był odpływ, mieliśmy też okazję przejść się plażą na pobliską wyspę, gdzie znajduje się grób francuskiego pisarza Chateaubriand (którego zamek widzieliśmy przejazdem kilka dni wcześniej). Niedzielę także spędziliśmy na wybrzeżu. Najpierw zwiedziliśmy urokliwe miasteczko Dinan. Tak naprawdę przeszliśmy się w tą i z powrotem kilkoma uliczkami, tak wolnym krokiem, że pewien pan biegający w jedną, a potem w drugą stronę, minął nas kilka razy. Potem był czas na obiad, a znalezienie restauracji otwartej w niedzielę było nie lada wyzwaniem ( miałam tylko nadzieję, że nie będzie to McDonald, bo dzień wcześniej jadłam kolację w KFC, ale to już inna historia). Na szczęście skończyło się tak, że znaleźliśmy restaurację z widoczkiem na plażę. Po jedzeniu pojechaliśmy na Cap Frehel, gdzie znajdowała się latarnia i punkt widokowy na ocean. Znowu te cudowne widoki i pogoda , która jak na Bretanię była idealna - zero deszczu i pełne słońce. Nasz "przewodnik" trochę się spieszył i chyba nie podzielał naszego entuzjazmu do ciągłego zatrzymywania się by robić zdjęcia, bo dość szybko, jak na nasze tempo zwiedzania, wróciliśmy do busa, a jako, że mieliśmy jeszcze trochę czasu to pojechaliśmy po raz kolejny do Dinard, by zobaczyć wystawę zdjęć "Planete Ocean".


Cancale
Parc a huitres
ostrygi
Les Cancalaises
Chateau de Combourg
Trzeci dzień - piątek, czyli Ecomusee (tak naprawdę muzeum świni + farma) oraz Champs Libres w Rennes. Fenomenu budowania muzeum poświęconego świniom naprawdę nie rozumiem. Wielkie pomieszczenie, wypełnione zdjęciami i figurami świń oraz jedzeniem typu: kiełbasy, kaszanka itp. przykryte szkłem. Zabawny widok. Potem Champs Libres, czyli miejsce, w którym mieści się kilka muzeów ( w tym muzeum Bretanii, muzeum reklamy...), Espace des Sciences (przestrzeń nauki), oraz różne wystawy (w tym wystawa mrówek) i planetarium - punkt kulminacyjny naszego zwiedzania. Nie muszę chyba pisać, że po całym męczącym dniu godzinny seans w ciemności był czasem idealnym do spania. W piątek dołączyły do nas także Estera i Julie, które były latem w Polsce. Ach te międzynarodowe spotkania :)
Następnie weekend i czas na moje ulubione wycieczki, czyli Wybrzeże Atlantyckie! Nadal nie mogę uwierzyć, że w czasie roku szkolnego miałam okazję spędzić weekend na plaży. Sobotnie zwiedzanie zaczęliśmy od Dinard, które jest jednym z tych miasteczek, które zachwycają od pierwszego wejrzenia. Nie mogłam się napatrzeć na te wszystkie piękne domy, klify, plaże i ocean. Potem Saint Malo, czyli miasto otoczone murami obronnymi, Nie powiem - robi wrażenie, co nie zmienia faktu, że tego dnia najbardziej ucieszyło mnie wesołe miasteczko przed wejściem do miasta. Cieszyłam się jak małe dziecko.
Z racji tego, że był odpływ, mieliśmy też okazję przejść się plażą na pobliską wyspę, gdzie znajduje się grób francuskiego pisarza Chateaubriand (którego zamek widzieliśmy przejazdem kilka dni wcześniej). Niedzielę także spędziliśmy na wybrzeżu. Najpierw zwiedziliśmy urokliwe miasteczko Dinan. Tak naprawdę przeszliśmy się w tą i z powrotem kilkoma uliczkami, tak wolnym krokiem, że pewien pan biegający w jedną, a potem w drugą stronę, minął nas kilka razy. Potem był czas na obiad, a znalezienie restauracji otwartej w niedzielę było nie lada wyzwaniem ( miałam tylko nadzieję, że nie będzie to McDonald, bo dzień wcześniej jadłam kolację w KFC, ale to już inna historia). Na szczęście skończyło się tak, że znaleźliśmy restaurację z widoczkiem na plażę. Po jedzeniu pojechaliśmy na Cap Frehel, gdzie znajdowała się latarnia i punkt widokowy na ocean. Znowu te cudowne widoki i pogoda , która jak na Bretanię była idealna - zero deszczu i pełne słońce. Nasz "przewodnik" trochę się spieszył i chyba nie podzielał naszego entuzjazmu do ciągłego zatrzymywania się by robić zdjęcia, bo dość szybko, jak na nasze tempo zwiedzania, wróciliśmy do busa, a jako, że mieliśmy jeszcze trochę czasu to pojechaliśmy po raz kolejny do Dinard, by zobaczyć wystawę zdjęć "Planete Ocean".
Dinard
Saint Malo
Dinan


Ostatniego dnia przed powrotem zostaliśmy w Rennes, Rano zakupy w centrum handlowym, jedzenie na drogę i obiad (wyjątkowo) w McDonaldzie, a potem zwiedzanie parlamentu. Spotkaliśmy się jeszcze ostatni raz z Esterą, żeby się pożegnać i w miarę wcześnie, w porównaniu do innych dni, bo około 17.00, wróciliśmy do rodzin.
Na tym skończę, bo i tak zajęło to dużo miejsca, ale mam jeszcze parę ciekawostek do napisania, kilka zabawnych historii, więcej zdjęć oraz parę nowych informacji z Polski. Nowy post już niedługo.
The Surfaholic Girl

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz