piątek, 28 listopada 2014

La Vida Loca...

"Ella que será
She's livin' la vida loca
Y te dolerá
Si de verdad te toca
Ella es tu final
Vive la vida loca
Ella te dirá
Vive la vida loca
Vive la vida loca
She's livin' la vida loca"


Długi weekend już za mną, a tak naprawdę odpocząć zdążyłam dopiero w szkole. Jednak mogę powiedzieć, że długi weekend, mimo małej ilości snu, można zaliczyć do udanych. To było to, czego potrzebowałam - lekkiego oderwania od rzeczywistości...

Szalenie mało czasu, by zrobić wszystko co chciałam, ale po kolei.... Przyjechały przyjaciółki Valentiny z Krakowa i szczerze to przełamały chyba wszystkie stereotypy, jakie znałam na temat włochów. I nie jest to tylko moja opinia, ale fakt, na który moja mama mi nawet zwróciła uwagę.
Po pierwsze, wszyscy byliśmy przyzwyczajeni do ich powolnego stylu życia, braku pośpiechu, późnych pobudek itp., A tymczasem Prisca z Petrą, okazały się być prawie, że przeciwieństwem Valentiny i tu cytuję moją mamę: "spokojne, ułożone i odpowiedzialne dziewczynki". Jedyne co miały na pewno ze sobą wspólnego to miłość do makaronu. Jednego dnia wróciłyśmy w środku nocy do domu, gdy wszyscy już spali, a one chciały zejść do kuchni by zrobić pastę.
W poniedziałek rano (z małym opóźnieniem) wybrałyśmy się na zwiedzanie miasta: Stary Rynek, centra handlowe - te sprawy. Dużo nie zobaczyłyśmy, ale tyle, co nam się udało, zrobiło na nich ogromne wrażenie. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że polskie stare miasta  mają w sobie coś takiego, co przyciąga ludzi, także obcokrajowców. Szczerze nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Dla mnie Stary Rynek był, jest i zawsze będzie częścią mojego miasta i nie zwracałam na niego większej uwagi, ot był sobie. Dopiero teraz zaczęłam zdawać sobie sprawę, że miejsc takich jak to, nie ma wszędzie i może ich mi kiedyś brakować.
Po krótkim zwiedzaniu miasta, szybkiej wyprawy po kawę do Starbucksa (we Włoszech go nie ma, więc jest to przystanek obowiązkowy każdej wizyty w centrum) pojechaliśmy (z pewnymi problemami i jednym zagubionym włochem) do Kasi (wolontariuszki AFSu - organizacji, która zajmuje się tymi wymianami). 
U Kasi miał być obiad z włoskimi daniami, tylko, że nikt nie pomyślał wcześniej, że oni jedzą obiad dość późno. Już byłam taka zmarznięta, wykończona, a przede wszystkim głodna, że jak tylko do niej dojechaliśmy to byłam prze szczęśliwa. Tylko okazało się, że będę musiała poczekać jeszcze 3 godziny, aż się wszystko zrobi! Trzy godziny!!! ...no ale czego to się nie robi dla włoskiej kuchni.
Oczywiście nie obyło się bez kłótni na temat jedzenia (to już taka nasza tradycja), tym razem o coś co nazywało się Calzoni, a Alex z Argentyny upierał się, że są to Empanadas. Sprawdziłam przed chwilą w google i jestem za argentyńską wersją. W każdym razie jest to coś na kształt włoskiego pieroga, w naszej wersji z podsmażaną papryką, szynką i mozarellą.





Po tym, jak już się na to rzuciłam i najadłam okazało się, że to nie wszystko, bo będą jeszcze 3 pizze (na ok 10 osób, ale to i tak dużo). I w tym momencie się dowiedziałam, że włochom nie smakuje moja ukochana polska pizza, a prawdziwa pizza jest tylko i wyłącznie we Włoszech. Po spróbowaniu włoskiej wersji sama nie wiem kto ma bardziej zepsute kupki smakowe!? No, bo jak można jeść pizzę z samym sosem pomidorowym, mozarellą i czymś tam jeszcze, w dodatku bez ketchupu, ale z frytkami (na pizzy)! Dziwne. Po prostu zabronili nam dodać ketchupu i zasugerowali nigdy o ketchup we Włoszech nie prosić "bo będziemy wyrzuceni z restauracji". Wtedy dopiero sobie uświadomiłam, dlaczego kelner się tak dziwnie patrzył, kiedy kilka lat temu na wakacjach poprosiliśmy w restauracji o ketchup.
Na koniec zjedliśmy Crepes alla Nutella, (które były przepyszne mimo, że nutelli nie lubię). Szybki (w miarę) powrót do domu i szybko (bo około 3.00) poszłyśmy spać.
Resztę ich pobytu skrócę w paru zdaniach. W poniedziałek poszłyśmy na imprezę, która notabene była beznadziejna (bo czego można oczekiwać po połowinkach, na których było tylko gimnazjum), ale przynajmniej miałam okazję spotkać się z przyjaciółką, której nie widziałam od ponad miesiąca i spędzić z nią trochę czasu. O wspomnianej ochocie na pastę już wspomniałam i na szczęście udało mi się je odwieść od tego pomysłu, jednak nie miałam pojęcia o fakcie, że mają zamiar wstać o 5.00 rano by na 7.00 jechać na dworzec. Szczerze byłam pewna, że nie wstaną i zupełnie o tym zapomniałam. Pamiętam tylko minę mojej mamy o 5.30, która nie miała pojęcia o tak wczesnym pociągu i tą złość w głosie kiedy kazała mi sprawdzić, czy w ogóle jeździ jakiś autobus tak wcześnie, w dodatku w dzień świąteczny.
Następnego dnia dopadło mnie wieelkie zmęczenie. Wstałam rano i po prostu przestraszyłam się widząc ten bałagan w pokoju ( bo w końcu spały tam 4 osoby), ubrałam się szybko i pojechałam do koleżanki odebrać rzeczy, które zostawiłam. Dwie godziny już w plecy i odbieram telefon od koleżanki, że mamy zrobić prezentację na francuski na następny dzień. Skończyło się na tym, że wróciłam do domu, zjadłam obiad, ogarnęłam trochę pokój i znowu wyszłam. Nie muszę chyba mówić, że wróciłam wieczorem, a prezentacja następnego dnia wypadła, co najmniej słabo.
*Tu rada do zapamiętania: opowiadanie o ciekawych miejscach w Akwitanii np. o Dune du Pilat nie powinno się ograniczać do powiedzenia "wydma ta jest duża...baaaardzo duża", "a akwitania słynie z hodowli gęsi".
Tyle w skrócie o moim italian week. Wpadłam na nowy pomysł, o czym by tu pisać, ale to (jak i dobre wieści) w następnej notce.

The Surfaholic Girl






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz