"Hot town summer in the city
Back of my neck getting dirt and gritty
All around people looking half dead
Walking on the sidewalk hotter than a match head"
Back of my neck getting dirt and gritty
All around people looking half dead
Walking on the sidewalk hotter than a match head"
I dokładnie tak się czułam dzisiaj jadąc do miasta. Mokra, spocona, brudna i klejąca. Ale lepsze bycie mokrym, spoconym, brudnym i klejącym w mieście ze znajomymi niż w dusznym pokoju w domu. Tak przynajmniej sprawiam pozór robienia czegoś.
Kocham miasta, czym większe tym lepiej, ale wakacje są do mnie czasem ucieczki od miejsca, w którym mieszkam na codzień. Czasem podróży i wyjazdów, do których przywiązuję się tak bardzo, że płaczę wracając.
Tak było i tym razem. Kilka dni temu wróciłam z miejsca, w którym zostawiłam masę wspomnień, a żałuję tylko tych, których zostawić tam nie zdążyłam.
Jednak czasu nie da się zatrzymać, a łatwo o nim zapomnieć.
Na szczęście dla mnie istnieją też rzeczy niezapomniane: szerokie plaże (chociaż nie te ze złotym piaskiem), ocean (chociaż nie błękitny, raczej taki ciemniejszy, bardziej niespokojny), uliczki w sezonie zapełniające się turystami, którzy zostawiają w pobliskich sklepach niebotyczne ilości euro gotówki, surferzy maszerujący z deskami pod pachą w stronę wody, zamki na klifach, do których wstęp mają tylko ci z obszernym portfelem - reszta musi zadowolić się zdjęciem i marzeniami o zamieszkaniu w nich. Marzeniami, tak wielkimi, że czasami mogą przerażać, a które tak naprawdę dają siłę do życia, dają siłę, aby codziennie rano wstawać i robić kolejny krok w ich kierunku. I mimo, że wyjazd z miejsca, przypominającego w jakimś stopniu to z moich marzeń, bardzo mnie przygnębił, to tak naprawdę dał mi motywację, aby codziennie coraz bardziej się starać.
"Everything that downs me, makes me wanna fly"
The Surfaholic Girl
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz