poniedziałek, 14 lipca 2014

Coming back to summer in the city...

"Hot town summer in the city
 Back of my neck getting dirt and gritty
 All around people looking half dead
 Walking on the sidewalk hotter than a match head"

I dokładnie tak się czułam dzisiaj jadąc do miasta. Mokra, spocona, brudna i klejąca. Ale lepsze bycie mokrym, spoconym, brudnym i klejącym w mieście ze znajomymi niż w dusznym pokoju w domu. Tak przynajmniej sprawiam pozór robienia czegoś.
Kocham miasta, czym większe tym lepiej, ale wakacje są do mnie czasem ucieczki od miejsca, w którym mieszkam na codzień. Czasem podróży i wyjazdów, do których przywiązuję się tak bardzo, że płaczę wracając.

Tak było i tym razem. Kilka dni temu wróciłam z miejsca, w którym zostawiłam masę wspomnień, a żałuję tylko tych, których zostawić tam nie zdążyłam. 

Jednak czasu nie da się zatrzymać, a łatwo o nim zapomnieć.

Na szczęście dla mnie istnieją też rzeczy niezapomniane: szerokie plaże (chociaż nie te ze złotym piaskiem), ocean (chociaż nie błękitny, raczej taki ciemniejszy, bardziej niespokojny), uliczki w sezonie zapełniające się turystami, którzy zostawiają w pobliskich sklepach niebotyczne ilości euro gotówki, surferzy maszerujący z deskami pod pachą w stronę wody, zamki na klifach, do których wstęp mają tylko ci z obszernym portfelem - reszta musi zadowolić się zdjęciem i marzeniami o zamieszkaniu w nich. Marzeniami, tak wielkimi, że czasami mogą przerażać, a które tak naprawdę dają siłę do życia, dają siłę, aby codziennie rano wstawać i robić kolejny krok w ich kierunku. I mimo, że wyjazd z miejsca, przypominającego w jakimś stopniu to z moich marzeń, bardzo mnie przygnębił, to tak naprawdę dał mi motywację, aby codziennie coraz bardziej się starać.


"Everything that downs me, makes me wanna fly"

 The Surfaholic Girl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz